Idealnie. I-de-al-nie. I-dealnie. Nie. Jeśli na osi partactwo-perfekcja zechcemy zaznaczyć pożądany punkt docelowy, skazujemy się z góry na porażkę. Jako osobniki raczone od urodzenia hasłami „więcej = lepiej” czy „ciężej = lepiej”, dokonujemy szybkiej kalkulacji i pragniemy robić dużo i do upadłego, żeby osiągnąć poziom ideału w naszych działaniach. Równoznaczne jest to z osiągnięciem tego świętego punktu, celu, do którego zmierzamy i nieustannym wypychaniem go przed siebie. To chyba dobry moment by się opamiętać, dostrzec sprzeczność, kolizję przypuszczeń i faktów. Jednak rozsądek został już dawno, gdzieś po drodze, wypalony przez uzależnienie od marszu, pozostają tylko tęsknota, wybrakowanie i bezsens. Daliśmy się wrobić. Coś co wypełniało myśli, było wiecznym priorytetem okazało się nie istnieć. Szok. Niedowierzanie. Pojedyncze dołujące wnioski w rozpaczliwym szumie. Choć czasem nie dopuszczając do siebie tej myśli drepczemy w miejscu, zderzenie z rzeczywistością przychodzi choć raz w historii każdego istnienia.

 Może już znasz ten schemat. Może dopiero idziesz, popychasz wprzód swój punkt docelowy, myślisz, że „idealnie”, skoro jest najlepsze, to idzie w parze z „więcej” i „ciężej”. Przecież tak ci wpajano. Gdzieś jednak zagubiono pojęcie właściwego wyważenia. Wspomnienie o celu prowokuje do ponownego poszukiwania go, zaznaczenia z obsesyjną dokładnością. To zabawa drugi raz w to samo. Nawet szukając rozwiązania, by wyrwać się z pułapki ideału, chcesz by było nienagannie. Czy to się kiedyś skończy?

 Pozostając w dotychczasowym systemie to mało prawdopodobne. W pewnym sensie nie można naprawić już tego scenariusza ani wyprowadzić na prostą. To nie jest kwestia zatrzymania się w dobrym momencie i dławienia się w niedosycie. Pewne założenia skreślają szczęśliwe zakończenia. Pewne koncepcje należy spisać na nowo.

 Im cieńszym długopisem staram się coś narysować, tym większego szału dostaję. Wpadam w manię poprawiania, ujednolicania linii. Bazgram tak długo, aż te niewielkie nierówności staną się niedostrzegalne, stłamszone przez grubość kreski. Nie ma znaczenia, którędy przebiegała linia pierwotna, zawiera się gdzieś pomiędzy granicami teraz już całkiem pokaźnej krzywej. Wtedy poprawiam dzieło mazakiem, żeby nie irytowały mnie możliwe niedoskonałości, luki. I to daje spory komfort. Suma sumarum to wciąż jedna linia. Ktoś mógłby się przyczepić, słusznie stwierdzając, iż jest ich o wiele więcej i owszem. Każdy kolejny dorysowany element to próba ulepszenia ideału, podróbka. Jeśli całość ma wciąż symbolizować pierwotną linię, potrzeba dosyć sporego przymrużenia oka – teraz składa się przecież w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach z prób dostosowania jej do pożądanego obrazu – nowych nici i dostrzegalnych bądź nie – luk pomiędzy nimi. Ale czasem warto porzucić drobiazgowość. Liczy się efekt końcowy. Choć trudno się z tym pogodzić, cała nowopowstała linia jest poprawna. Pierwotna może przechodzić w każdym jej miejscu. Przez jej zamazanie, nie można już sobie zaprzątać tym głowy. Spokój.

 W życiu często poszukujemy ideału, wyznaczamy najwłaściwszą drogę. Stawiamy pierwotną linię, która na ogół nie jest satysfakcjonująca. Przywykliśmy, by ją zamazywać i stawiać „lepiej” – dopóki nie skończy się nam kartka. Każdy kolejny krok jest kierowany w tę samą stronę, w stronę czegoś „skrajnie pozytywnego”. Samo to nie jest celem, raczej nie ładujemy się z premedytacją w fanatyzm, obsesję i obłęd. Zakładamy że znajdziemy swój satysfakcjonujący punkt gdzieś w pozytywnej sferze, bliskiej „dobrej skrajności”. Tak naprawdę nigdy nie kojarzymy ideału ze skrajnością. Pcha nas do niej pragnienie osiągnięcia jeszcze więcej, jeśli nawet jest już dobrze, szukamy dalej. Nauczono nas nie poddawać się, nie odpuszczać. A w zasadzie to pozbawiono nas możliwości docenienia siebie. Cel jest nieosiągalny, zanika. Dążenie do niego staje się celem samo w sobie, chlubiona coraz to cięższa praca, pochłania nas. Stawiamy kreskę na skraju i wciąż jesteśmy nieszczęśliwi.

 Faktem jest, że po drodze do wariactwa napotkaliśmy momenty, w których było nam dobrze. Wszystko wskazywało na to, że jest. Ale nie wolno tego przyznać, przecież zawsze może być lepiej… Niepokój związany z tym, że nie jest, bądź może nie jest, idealnie, nie pozwala zaznać spokoju. Mamy bardzo wąski zakres tolerancji. Operujemy na jednej, cienkiej, właściwej linii. A gdyby tak w miejscu, gdzie czujemy się dobrze, mamy poczucie, że dajemy z siebie wszystko, ale jeszcze nie zwariowaliśmy, nie wykończyliśmy się, walnąć mazakiem pionową krechę? Nietrudno jest znaleźć własne granice, o wiele trudniej jest zagłuszyć swoje własne wołanie o litość, wyrzucić słowo „dosyć” z głowy.

 Gdy poszerzymy swoją sferę bezpieczeństwa, nieuchwytność punktu obiektywnie, bezwzględnie, definitywnie idealnego przestanie spędzać nam sen z powiek. Warto zatrzymać się tam, gdzie jest dobrze, zakotwiczyć się. Gdy trzeba, nieco się wycofać, gdy nadarzy się okazja, pójść nieco do przodu. Lecz nie uzależniać się od ciągłej jazdy wprzód. Gruba kreska obejmuje wiele możliwości i nie deprawuje żadnej w swoim obszarze. To naturalne, że raz dzieje się lepiej, raz gorzej, raz więcej, a raz mniej. Im węższy zakres tolerancji, tym bardziej zniewolony jest człowiek.

 Oś partactwo-perfekcja należy do każdej sfery życia. Szkoły, relacji, wyglądu, pasji. Im większą jej część uznamy za dozwoloną dla siebie, tym ciekawsze jest życie. Tym mniej stresu kosztuje każde odchylenie od punktu, który uznaliśmy za niemal (!) właściwy. Można doświadczyć większej liczby porażek i dokonać większych sukcesów. Punkt idealny jest rozmyty i nie chodzi o to, by wyłowić go z tej mgły, lecz by przyjąć go z całą mgłą i odnajdywać w różnych jej miejscach.

 

Advertisements