W świecie zaprojektowanym na wzór placu rynkowego oczywista zdaje się być potrzeba prześcignięcia sąsiada ze stanowiska obok. Przyciągnięcia większej ilości spojrzeń. Bycia bardziej pożądanym towarem. Nadążania za zmieniającym się światem, dorównywania mu, a w końcu wyznaczania trendów osobiście.

Jeśli coś skutecznie warunkuje postęp, trudno to skreślić, nawet jeśli w pewnych sferach blisko jest temu do destrukcji. Zazdrość to intrygujące zjawisko. Z jednej strony ocala nas od stagnacji, pobudza do działania, kreuje ambicje. Z drugiej strony potrafi działania hamować, demotywować, burzyć.

Gdy coś zasłużyło sobie na trafienie na listę siedmiu grzechów głównych, niezaprzeczalnie warte jest pewnego respektu. Wszystko jest złe od pewnego momentu. Naturalne, że granicę tą niekiedy, prowadzeni całkowicie ludzkimi pobudkami, przekraczamy.

Zazdrość zawsze kryje się w cieniu podziwu, inspiracji, fascynacji. Chcielibyśmy mieć coś z tej rzeczy dla siebie i tylko dla siebie. Chcielibyśmy odwrócenia ról i umieszczenia się na pozycji osoby, której się zazdrości, a nie tylko stania w tłumie niespełnionych wzdychających. Warto dopuścić to do siebie. Wszyscy zazdrościmy. Można tym wytłumaczyć wiele. Nie ma co szukać naokoło. Dlaczego to spędza mi sen z powiek? Bo zazdrość tak mnie zżera, że dopóki nie włożę swojego trofeum pod poduszkę, nie usnę. To zupełnie naturalny mechanizm. I nie ma co przed nim uciekać. Nie jest to również nic złego i chwała tym, którzy są w stanie na to obojętnie przystać. Świadomość sama w sobie nie jest zła. Pragnienie nie jest złe. Wszystko zaczyna się od niego i chyba lepiej to przyjąć, aniżeli od samego początku błądzić i miotać się. To potrafi ukrócić cały proces i oszczędzić zbędnej złości. Marzenie nie jest słabością, za którą powinniśmy się karać w duchu. Zdawać by się mogło, że przy całej tej samokontroli, można wyzbyć się takich pobudek i zachować święty, niewzruszony spokój. Stąd też złudne wrażenie, że potrafimy zaradzić pragnieniom, marzeniom, ambicjom. Że to kwestia pracy nad sobą. (Nawiasem mówiąc, zazdrość tym, którzy podczas gdy jakaś głupota doprowadza mnie do szału, potrafią przejść przez życie z kamienną twarzą).

Po pewnym czasie duszeni niepohamowaną wolą ulżenia swoim troskom i zmęczeni po wielu nocach nieprzespanych, decydujemy się na działanie. Zapisujemy się na kurs, zaczynamy zbierać pieniądze albo obmyślamy plan podrywu. Decydujemy się na coś, na co wcześniej brakłoby nam motywacji, pomysłu, czasu, odwagi. Niewątpliwie do tej pory zazdrość nie pokazała swojej złowrogiej natury, trochę ponękała nas poczuciem  niedoboru, ale i popchnęła ku pozbyciu się go.

Cała historia zakończyć mogłaby się pozytywnie, z zadowalającym skutkiem, satysfakcją, nowymi przeżyciami, podbudowaniem siebie.  Nie zawsze jednak, z przyczyn bardziej, a najczęściej mniej zależnych od nas, możemy naszą zazdrość zaspokoić. I na tym etapie tak naprawdę poznajemy jej ciemniejsze oblicze. Gdy napełnieni niespożytkowaną energią nie mamy szans zbudować już nic, naturalnym zdaje się zboczenie na ścieżkę burzenia.

Teraz też o wiele trudniej do zazdrości się przyznać. Przecież tu chodzi o sprawiedliwość. O równość. O to, że jeśli nie należy się nam, to tym bardziej jej, jemu i im. Tu nie chodzi o mnie! Bardzo szybko zatuszować można fakt, że na czymś nam zależy, zależało. Najniebezpieczniejsze w zazdrości jest to, że nie pozwala być nam słabym, przyznać się do nieszczęścia, gdy dookoła tylu silnych, spełnionych. Dotyka czułych, wrażliwych miejsc, godności, ambicji, poczucia wartości. Zazdrość broni się sprytnie. Nie sposób się do niej dobrać. Przyznanie się do tego, że żyje się nieusatysfakcjonowanym, nie jest zbyt atrakcyjne. A przecież chcemy wydzielać jedynie niezabrudzoną aurę zadowolenia i sukcesu. Być kimś i świecić jak ktoś.

W przypływie złości bardzo kusząca wydaje się wizja: „Jak ja nie mam, to przynajmniej i on nie będzie miał”. Na ogół jeśli kogoś czegoś się pozbawia, robi się to w imię tego hasła. I tu zaczyna się zazdrość wstydliwa, rozpaczliwa. Tu wchodzimy w sferę grzechu. I tu też gubimy świadomość tego, co dokładnie jest naszym motorem w działaniu. Wkroczenie na tą drogę jawi się jako ta jedyna pozostała opcja. Niewątpliwie jest to droga prowadząca ku rozczarowaniu. Ulgi nie daje zemsta. Ulgi nie daje zapobiegnięcie czyjemuś sukcesowi. Ostatecznie wszystko rozbija się o to, że „pragnę, lecz nie mam”. Względną, tymczasową ulgę dają oczywiście działania destrukcyjne, lecz potem nie ma już nic, co odciągnie uwagę od żalu. I od świadomości, jak nisko upadliśmy. Pragnęliśmy być obiektem zazdrości, a osiągnęliśmy punkt skrajnie przeciwstawny. Koniec. Przegrana. Cofnij.

Cofnij do momentu, gdy już odebrano ci szansę na budowę swojego trofeum publicznej zazdrości, ale jeszcze nie zdecydowałeś się w odpowiedzi rozbić paru innych.

Na początek warto uświadomić sobie, że taka destrukcja nie zaowocuje niczym, co przyniesie nam choć cień dłuższej satysfakcji, a gdy emocje opadną nie będziemy czuć się źle tylko ze swoim niespełnieniem, ale i z samym sobą. A po co pogarszać i tak beznadziejną już sytuację?

Ocalenie się od większego upadku to duży krok wprzód. Warto spojrzeć na to jak na osiągnięcie. Docenić się. Nie pozwolono nam uzyskać jednej radości. Lecz pragnienie jej osiągnięcia przelać można w próby wywalczenia jej innym sposobem. Mamy niespożytkowane pokłady siły i palącą potrzebę przemiany ich we własne szczęście. Możemy być super w sposób inny, niż początkowo zakładaliśmy. Czy super nie jest to, że jesteśmy elastyczni, nie rezygnujemy z postawionego celu, nie zniechęcamy się i umiemy być ponad przeciwności? Czy prawdziwej zazdrości nie budzi umiejętność nie poddania się jej, gdy zaczyna szkodzić? Czy pożądane nie jest zachowanie szczerego uśmiechu, gdy wydawać by się mogło, że jesteśmy skazani na pochylenie głowy i pogodzenie się z niepowodzeniem?

Ten akcent choć na pozór jawiący się jako wstęp, jest jednocześnie dobrym skwitowaniem. W zasadzie z każdej sytuacji wyjść można tak, by wyjść na tym jak zwycięzca. Przyjęcie do świadomości pewnych schematów  potrafi to ułatwić. Co z tego, że jestem zazdrosny? Wiem to, a dzięki temu to ja mam kontrolę. Potrafię przyznać się do porażki? Super, przynajmniej szybciej przejdę do wymiany jej na jakiś sukces. Potrafię się docenić? Zamiast sztucznie negować swoje osiągnięcia mogę uwierzyć, że jestem naprawdę kimś. To jak działa zazdrość to jedno. Warto ją poznać, dostrzec jej dobre strony, nie wypierać się jej na siłę, lecz świadomie przyjąć i zdrowo zazdrościć, z umiarem też jej w stosunku do siebie pragnąć. To, że na każdym etapie swojego życia możemy sprawić, by tą żądzę bycia obiektem zazdrości zaspokoić, to drugie. Jeśli potrafimy docenić to co już mamy, to dobrze. Jeśli umiemy się ulepszyć, by coś takiego w sobie znaleźć, jeszcze lepiej.

Advertisements